Litwa, Łotwa, Estonia motocyklem

Litwa, Łotwa, Estonia

Ten wyjazd był inny, zupełnie inny niż dotychczasowe. Pod każdym względem. Od samego początku wszystko było na przekór. Już wyjaśniam…  O kolejnym wyjeździe zaczęliśmy myśleć, kiedy jeszcze dobrze nie wróciliśmy z Gambii. Wtedy padło kilka propozycji, bez większych konkretów, sami nie wiedzieliśmy na co się zdecydować. Ustaliliśmy, że jak co roku zrobimy jeden większy wyjazd, a do tego kilka mniejszych. Miesiąc później spotkaliśmy się ze znajomymi na parapetówce w Poznaniu. To tam tak naprawdę zebraliśmy ekipę na 2 kolejne wyjazdy.

Litwa, Łotwa, Estonia, bo ten kierunek wybraliśmy jako pierwszy, przypadł na długi weekend majowy. Przez ogrom pracy i obowiązków pakowaliśmy się na ostatnią chwilę. Umówiliśmy się,  że w piątek po pracy dojedziemy do Bydgoszczy, kimniemy się u Piecyka i Młodego, a w sobotę z samego rana kierujemy się na Druskienniki. W Bydgoszczy spotkaliśmy się dopiero po 23, przez to, że jeszcze przed samym wyjazdem ze Złotowa kończyliśmy przegląd motocykla, montaż stelaży dla Młodego i swoich kufrów.
MPS  - Nadbałtyckie - wyjazd - Motocyklem przez świat
Wyjazd – 7:00 rano. Już na początku naszej podróży, na wylocie z Bydgoszczy, zaczęło kropić. Na szczęście nasze ciuchy nie przepuściły ani kropli wody. Po około 20 minutach intensywnego deszczu niebo zaczęło się rozpogadzać. Droga mijała dość powoli, zatrzymywaliśmy się tu i tam, dopracowując to, czego nie zdążyliśmy zrobić. W Olsztynie zatrzymaliśmy się w Obi po uszczelki do kufrów, gdyby jeszcze chciało popadać. Do Druskiennik dojechaliśmy około 18. Zastanawialiśmy się, czy park, który chcieliśmy zwiedzić, będzie jeszcze otwarty, na szczęście, albo i nie – był. Grutas Park, to prywatna ekspozycja pomników polityków radzieckich, głównie Lenin, Stalin i Vincas Mickevičius-Kapsukas. Jeśli ktoś nie jest zagorzałym wielbicielem historii, nie polecamy. Mało efektownie wydane 25 litów. Twórca parku przewidział na szczęście, że może on nie budzić zbyt wielkiego zainteresowania i postawił obok małe ZOO w którym było ciekawiej. Dalej pojechaliśmy do Trok, gdzie na jednym z campingów, za całkiem przystępną cenę, udało nam się wynająć bungalow z widokiem na zamek po drugiej stronie jeziora. Zrobiliśmy szybkie zakupy na grilla, niestety jedliśmy już w deszczu. Była sobota wieczór, weekend przed majowym, przez co na kempingu było sporo camperów. Masa camperów, tłum ludzi, ogniska, karaoke, tańce, impreza do białego rana. Następnego dnia pojechaliśmy na lekko zwiedzać zamek w Trokach i Wilno. Zamek urzekł nas swoją zabudową, był malutki, ale dobrze zachowany, zadbany. Taki mniejszy Malbork. MPS - Nadbałtyckie - Troki - Motocyklem przez światW komnatach było sporo eksponatów w lepszym i gorszym stanie z czasów świetności zamku. Wilno natomiast było dla nas dużym rozczarowaniem. Spodziewaliśmy się czegoś więcej, elementu, który sprawi, że to miasto utkwi w naszej pamięci na długi czas. Tymczasem nie znaleźliśmy w nim niczego, co mogłoby przekonać nas do siebie i sprawić, żebyśmy chcieli tu wrócić. Nie można powiedzieć, że było źle… po prostu, było czysto i schludnie. W miejscowej knajpie zjedliśmy przepyszne i syte cepeliny, napiliśmy się kwasu chlebowego, spędziliśmy trochę czasu kręcąc się po starówce i w okolicach centrum, obowiązkowo zahaczając o Ostrą Bramę, a pod wieczór z utęsknieniem wróciliśmy do Trok. Ku naszemu zdziwieniu po około 60 camperach nie było ani śladu. Nic! Ani żywej duszy. Tętniący życiem camping zmienił się w zwykłą, aczkolwiek ekskluzywną (były sauny w ogromnych beczkach, wielkie zjeżdżalnie, jacuzzi) miejscówkę w lesie nad jeziorem.
MPS - Nadbałtyckie - cepeliny - Motocyklem przez świat
W poniedziałek wcześnie rano ruszyliśmy w stronę Tallina. Po drodze zahaczyliśmy o geograficzne centrum Europy w Purnuskes i wodospad Jägala-Joa. Do zrobienia mieliśmy prawie 800 kilometrów, wiedzieliśmy, że zatrzymując się tam i tu nie dojedziemy do samej stolicy. Znalezienie noclegu na dziko na Łotwie było niemałym wyzwaniem, wszędzie bowiem mijaliśmy tereny mocno podmokłe. W końcu wydawało się nam, że wypatrzyliśmy super miejscówę, właściwie Radek wypatrzył, szybko jednak ‘zeszliśmy na ziemię’. Albo i nie, tereny podmokłe, obok stawik a na glebie ogromne koleiny po traktorze. DL się zakopał. Młodemu udało się przejechać, jego motocykl był najlżejszy, Młody w sumie też… Pora na przetarganie Piecyka. Jedna koleina, druga, piąta… Leży! Chłopaki mieli niezły ubaw, ale w końcu i on przejechał. Pozostało wyciągnąć naszego DLa i po niespełna 20 minutach walki byliśmy wszyscy na kawałku suchej ziemi. Namioty rozbijaliśmy już jednak po ciemku. Piecyk po raz pierwszy mierzył się ze swoim nowym nabytkiem i nie szło mu to najlepiej. Na szczęście miał duuuże wsparcie. Noc nie była za ciepła, było na pewno poniżej 10 stopni i zapowiadało się jeszcze zimniej. Planowaliśmy wstać skoro świt i jak najszybciej wyjechać dalej. MPS - Nadbałtyckie - nocleg Łotwa - Motocyklem przez świat

Wyjazd już za widnego wypadł zdecydowanie lepiej w porównaniu do wjazdu :) po przejechaniu 2-3 kilometrów zatrzymaliśmy się na stacji zatankować, bo Fazerka co chwila wołała „jeść”. Zatankowaliśmy wszyscy, Piecyk poszedł płacić, wraca i pyta: „A gdzie jest mój kufer!?” Faktycznie! Nikt nie zauważył, że prawdopodobnie podczas wyjazdu przez te wyboje wyczepił mu się prawy kufer, zawrócił, a Młody za nim. Po około 15 minutach wrócili ze zgubą. Wtedy Piecyk przyznał się, że myślał, że to Radek schował mu kufer dla jaj, bo kilkukrotnie przypominał mu „dokręć mocowania” a on tego nie robił. Nie tym razem, chociaż pomysł ciekawy.. ;) W końcu dojechaliśmy do Tallina. Znalezienie taniego noclegu w centrum miasta nie było łatwe, campingi zaznaczone w przewodnikach albo dawno nie istniały, albo nie było w nich miejsc. B&B też przepełnione, znaleźliśmy jednak hostel za 15€ od głowy. No cóż, trzeba przeboleć. Szybkie przepakowanie, prysznic i pędzimy na miasto zjeść obiad i pozwiedzać. Weszliśmy do baru przypominającego stołówkę dla bezdomnych i zamówiliśmy coś lokalnego. Chcieliśmy posmakować ich kuchni, a dostaliśmy schab, schab, schab i schab. Każdy w innej postaci. Kuchnia estońska nie różni się zbytnio od naszej, ani w wyglądzie ani w smaku. Postanowiliśmy więc pooglądać zabudowę. Ta zaskoczyła nas pozytywnie. Na pierwszy rzut oka Tallin wygląda jak domek dla lalek, który próbuje schować przed codziennością, zamykając się przed całym światem. Mocne mury i wyzywające barbakany zamykają alejki zabytkowego centrum miasta. Stukot końskich kopyt na brukowanych uliczkach, młodzi Estończycy przebrani za średniowiecznych  giermków i damy z zamku reklamują turystom tradycyjne restauracje na wspaniale odnowionym Placu Ratuszowym. Aptekarze sprzedają mieszanki ziół przygotowanych według receptur sięgających 1422 roku. MPS - Nadbałtyckie - Tallin 2 - Motocyklem przez świat

To prawda że w Tallinie znajdzie się coś dla każdego, jest mistyczny, wciągający i hipnotyzujący. W obrębie starego miasta umiejscowionych jest wiele zabytków, wśród których szczególnie polecamy tętniący życiem Plac Ratuszowy,  kościół św. Olafa i kościół św. Mikołaja, sobór św. Aleksandra Newskiego oraz oba tarasy widokowe. Rozprzestrzenia się z nich przepiękny widok na całą zabudowę Tallina. MPS - Nadbałtyckie - Tallin - panorama punkt widokowy - Motocyklem przez świat

Będąc już tutaj nie odmówiliśmy sobie posmakowania miejscowego browaru, a potem zahaczając sklep, wróciliśmy do pokoju, pograliśmy w Jungle Speed’a kosztując lokalnych napojów procentowych i położyliśmy się spać. Pogoda jak dotychczas była dobra, choć było dość chłodno, wciąż świeciło słońce. Z Tallina wyjechaliśmy tak, aby przed 10 dojechać do oddalonej o 20 kilometrów fabryki Estońskiego piwa Saku. Niestety, tego, kolejnego i następnego dnia była zamknięta. Tutaj też mają święto. Pojechaliśmy więc dalej w kierunku Rygi, po drodze zahaczając o zamek w Kiesi i zamek Turaida. Kieś leży w samym sercu Parku Narodowego Gauja, gdzie w XIII w. Zakon Kawalerów Mieczowych wybudował swój zamek. Dziś atrakcję turystyczną stanowią jedynie jego ruiny. Na terenie zamku znajduje się niewielki pałacyk, który jest siedzibą Muzeum Historii Sztuki Cesis. To w nim kupiliśmy bilety i zostaliśmy wyposażeni w latarnie, dzięki którym mogliśmy bezpiecznie wspinać się na zmurszałe twierdze. Największe wrażenie zrobiły na nas przysadzista, okrągła baszta południowa i wieża zachodnia z której rozprzestrzeniał się piękny widok na park miejski ze wzgórzem i niewielkim jeziorem u jego podnóża.  MPS - Nadbałtyckie - Zamek Kieś - Motocyklem przez światChoć po zamku pozostały już jedynie ruiny, polecamy odwiedzić to miejsce ze względu na bogatą historię i przepiękną okolicę.

Nazwa Ogród Thora idealnie opisuje twierdzę Biskupów Ryskich wraz z jej okolicą. Można się o tym przekonać obserwując budowlę z jednego z punktów widokowych. Blisko brzegów rzeki Gauja z drzew wyrasta ogromna budowla z czerwonej cegły. Zamek został doszczętnie zniszczony w XVIII w., dziś choć odbudowany z nowoczesnej cegły udało się przywrócić jego pierwotny kształt. Prace rekonstrukcyjne wciąż trwają, jednak mogliśmy podziwiać sporą jego część. Z zamkowej wieży, na którą można wejść, roztacza się zapierający dech w piersiach widok na obszar całego rezerwatu.
MPS - Nadbałtyckie - Zamek Turaida - Motocyklem przez świat

Do stolicy dojechaliśmy późnym popołudniem. Tutaj, jak się okazało, również był problem ze znalezieniem hostelu. Po wielu próbach znaleźliśmy coś, co może dalece odbiegało od tego ile kosztowało, ale przynajmniej nie padało na łeb. Ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy na miasto. Mijaliśmy wspaniałe kościoły różnych wyznań, Ratusz, Plac Katedralny wraz z Katedrą Dome, Dom Czarnogłowych, Łotewski parlament i park Bastejkalns wraz z Mostem Miłości. Znajdują się tu również secesyjne budynki projektu Einsteina. Ryga jest bardzo różnorodna, bogata architektonicznie, warto więc poświęcić chwilę czasu na spacer alejkami Starego miasta, odwiedzić nie tylko historycznie wartościowe budynki, ale też bogate kulturalnie… knajpki :) w taki sposób trafiliśmy do podobno najlepszego studenckiego baru w Rydze. Cudem udało nam się znaleźć wolny stolik. Zamówiliśmy coś ciepłego i posiedzieliśmy przy piwku wsłuchując się w rozmowy tutejszych mieszkańców, gości prawdopodobnie z Erasmusa oraz innych przyjezdnych. Shot kosztuje tu tyle, co w tanim polskim barze, a duży hamburger z dużą ilością frytek i garstką surówek zaledwie 4,5€. Następnego dnia planowaliśmy wyjazd przed południem. Pogoda nas nie rozpieszczała, wciąż było pochmurno i zimno. Po przejechaniu jakichś 100 kilometrów za Rygę w stronę Kowna zaczął padać deszcz. Tego dnia mieliśmy nadrobić 130 km, żeby zwiedzić zamek w Dobele i wodospad w Kuldiga. Strasznie nas przepiździło, temperatura odczuwalna była bliska zera. MPS - Nadbałtyckie - Wodospad Ventas Rumba - Motocyklem przez świat
Wodospad Ventas Rumba, choć może i faktycznie najszerszy w Europie, to do najwyższych nie należał. Miał może ze dwa metry wysokości, nic więcej. Jednak jego otoczenie sprawiało, że wyglądał potężnie, był naprawdę duży, gdyby jeszcze pogoda dopisała z przyjemnością przeszlibyśmy się na spacer. Ruiny zamku krzyżackiego z XIV w. w Dobele nie wywarły na nas specjalnego wrażenia. Były i pewnie dalej są, jeśli ktoś chciałby sprawdzić. Z utęsknieniem za ciepłym domkiem udaliśmy się w kierunku Pilsrundale w poszukiwaniu noclegu. Tuż przy ogromnym pałacu mieścił się przeuroczy Guest house. W niskiej cenie, bo za tyle, ile płaciliśmy w Tallinie i w Rydze, dostaliśmy przepiękny dwupokojowy domek z bardzo dużą łazienką i sauną. W tym samym budynku mieściła się restauracja. Przebraliśmy się, zjedliśmy pyszny obiad w dobrej cenie i poszliśmy szukać sklepu. Zaopatrzyliśmy się w odpowiednie trunki i wróciliśmy do pokoju. Szybka rundka Jungle speed i spać. Rano poszliśmy zwiedzać pałac. Był przeogromny. MPS - Nadbałtyckie - Pils rundale - Motocyklem przez świat
Wybudowany w 1730 roku, w stylu barokowym, jest uznawany za jeden z najpiękniejszych budynków na Łotwie. Na wejściu wita nas przeogromny hol z wielkimi oknami. Do każdego z pomieszczeń wiodą ogromne zdobione drzwi. Podziwiać można malowane stropy, zdobione złotem, genialnie lśniące porcelany, zabytkowe obrazy, piękne meble, są to niezwykle luksusowe wnętrza. Warto było również zwiedzić ogród ukształtowany z żywopłotów i murawy na różnych poziomach, jest niczym labirynt, postawiony z przeróżnych roślin kwitnących o różnych porach roku. Na środku, tuż przy pałacu, stoi duża fontanna wokół której postawione są ławeczki. Jest to niesamowicie wyjątkowe miejsce, śmiało można nazwać je Łotewskim Wersalem. Niestety musieliśmy skończyć już tę sielankę, pora było ruszać dalej. Jeszcze tego dnia chcieliśmy dojechać do Kowna. Przekonaliśmy się jak urokliwe potrafią być wieczorami nadbałtyckie miasta, dlatego ostatni wieczór naszego wyjazdu chcieliśmy spędzić właśnie tam. Na naszej drodze został jeszcze tylko jeden punkt, góra krzyży, usytuowana w pobliżu miejscowości Meszkucie. Miejsce posiadające niesamowitą historię. Za dawnych czasów postawiono tu kapliczkę upamiętniającą przyjęcie chrztu przez Żmudzinów. Początkowo stał tam jeden krzyż, jednak po zakończeniu powstania listopadowego zaczęto znosić ich tam więcej i więcej. Sowieci wielokrotnie próbowali zmusić mieszkańców do usunięcia tego miejsca, nawet siłą, mimo tego, mieszkańcom udało się je ocalić. MPS - Nadbałtyckie - Góra krzyży - Motocyklem przez świat

Do Kowna dojechaliśmy około 17, był dość spory ruch, a my byliśmy już zmęczeni. Dojechaliśmy pod 3-pasmowe rondo, przed nami było tylko jedno auto, ale ruch był tak spory, że nie szło się wbić. Jest luka, udało się… auto rusza, a my za nim, niestety, auto zatrzymuje się za linią, a my na nim. Była to L-ka. Albo kursant spanikował, albo instruktor mu zahamował, żeby nie wymusił. Na szczęście przytarliśmy auto kuframi i położyliśmy się na pas obok. Starcie nasze aluminiaki vs. Golf Vl wygrywają nasze kufry aluminiowe. U nas delikatne wgniecenie, w golfie przerysowane 3 elementy :) Jakby nie patrzeć, nasza wina. Spisywanie danych z polisy zajęło kierowcy więcej niż moglibyśmy przypuszczać. Po około 2 godzinach ślęczenia porysowanym aucie byliśmy już wystarczająco zmęczeni, żeby pojechać szukać hostelu. Pierwszego w ogóle nie było tam, gdzie miał być, drugi był, ale okazał się pełny. Pani była nawet na tyle miła, aby oznajmić nam, że nie wie dlaczego, bo w sumie nie dzieje się nic specjalnego, a wszystkie hostele w mieście są przepełnione. Zostały tylko drogie hotele. Szybko podjęliśmy decyzję, że jedziemy na stare miasto, zwiedzanie i uciekamy na Mazury. Nie żałowaliśmy tego. Zamek w Kownie jest maluteńki, nawet nie było na co patrzeć, stare miasto jakieś malutkie takie, nie porwało nas, a raczej zdążyło zniechęcić wcześniejszymi wydarzeniami. O 22. byliśmy już na Mazurach. Na kolację wciągnęliśmy kebabaia, którego nie udało nam się posmakować na Litwie. Następnego dnia z samego rana wyjeżdżamy do domu. Była sobota 3 maja, dzień wolny od pracy, a nam kończył się napęd. Radkowi to nie przeszkadzało, w ogóle, mi jednak ten dźwięk nie podobał się bardzo. Jechaliśmy wolniej, na szczęście bez problemów dojechaliśmy do domu.

Wydawałoby się, że państwa nadbałtyckie, do których należy również nasza Polska, są identyczne, jednak każde ze zwiedzonych przez nas miejsc wyróżniało coś innego. Litwa, Łotwa, Estonia, otworzyły przed nami swoją odrębną tożsamość kulturową i historyczną, tworząc mimo wszystko spójną całość, na którą składają się zabytki architektury i sztuki oraz przepiękna przyroda. Ot, cała nasza nadbałtycka przygoda.