Motocyklem do Gambii

Dzień pierwszy (25.01.2014). Dzień pierwszy naszej wyprawy, to tak naprawdę dojazd autem na samolot do Berlina i dość długi, bo 4,5 godzinny, lot do Agadiru. Na lotnisku czekaliśmy jeszcze na Martynę i Mariusza, którzy lecieli ze Stuttgartu. To nasze pierwsze spotkanie i ich pierwsza wizyta w Maroku. Wspólnie wynajętą taksówką pojechaliśmy na parking przy Camping d’Agadir, gdzie czekali na nas Kowale razem z wszystkimi motórami ;) Akurat rozładowywali lawetę. Jak już jesteśmy, to pomożemy, a co tam :) Poszło sprawnie, tylko jak się „rozgadaliśmy” przy winku to skończyliśmy około 2 w nocy.

MPS - Maroko, Agadir

Dzień drugi. Kierunek – Dakhla. Wiadomo było, że nie dojedziemy tam tego dnia, ale chcieliśmy przejechać jak najwięcej. Był to piękny, słoneczny, niedzielny poranek. Z Jolą i Krzyśkiem, którzy mieli nam towarzyszyć do stolicy Sahary, umówiliśmy się na 10 polskiego czasu. Przyjechali punktualnie, tylko my mieliśmy problem z ogarnięciem się po wczorajszym świętowaniu początku naszej przygody. W końcu udało nam się ruszyć chwilę przed południem. Przejechaliśmy zaledwie 100km i już zatrzymaliśmy się w przydrożnej stacji na pierwszy posiłek. Tadżin smakował wyśmienicie, po zeszłorocznej wizycie w Maroku bardzo brakowało mi tej potrawy. Napiliśmy się orzeźwiającej miętowej herbaty i ruszyliśmy dalej w drogę.

MPS - Napowietrzanie herbaty

W Maroko i na Saharze trafiliśmy na masę check pointów, przy których należało zatrzymać się i zostawić „fiszq” – wcześniej przygotowany skrawek papieru ze swoimi danymi (imię, nazwisko, nr paszportu, CIN, cel podróży, itd…). Jak się potem okazało, wzmożone kontrole spowodowane były tym, że kilka dni przed naszym przyjazdem gdzieś na Saharze zaginęła grupa turystów. Nie wynikało to ze złośliwości, czy nadgorliwości żandarmów, a jedynie z troski o Turystę. Tego dnia przejechaliśmy 450 km. Nie był to zadowalający wynik, ale mieliśmy świadomość, że zaspaliśmy. Robiło się już późno, więc powoli musieliśmy szukać noclegu. Kowal wykorzystał swój dar w odnajdywaniu „bezpiecznych” miejscówek. Rozbiliśmy się daleko od drogi, na dość twardo ubitym piasku pomiędzy wydmami, za którymi z oddali dochodziły odgłosy oceanu. Nie było więc szans, aby ktoś nas znalazł, a już w ogóle żeby do nas dotarł. Jedynym minusem tego noclegu był dojazd, przez wydmy. Dla Martyny i Juliana taaaka kuweta to nowość, nie długo więc trzeba było czekać na pierwszą glebę – na szczęście nie groźną. Potem druga i kolejna i przestaliśmy już liczyć. Skończyło się na przenośnym prawym lusterku :)

MPS - nocleg na Saharze

Dzień trzeci. Wyruszyliśmy wcześnie rano, słońce dopiero wstawało, gdy wyjeżdżaliśmy z wydm. Tego dnia planowaliśmy pokonać jak największy dystans. Droga nie była łatwa. Asfalt co prawda nie pozostawiał nic do życzenia, wiele polskich dróg mogłoby się przy nim powstydzić, droga jednak była prosta, a widoki bez zmian. Jechaliśmy przez pustkowie. Po prawej stronie, raz bliżej raz dalej widać było ocean, po lewej zaś nic. Co jakiś czas do ulicy przybliżały się ogromne wydmy, lub skamieliny często przy drodze stały wielbłądy. Ot cała pustynia. Na obiad zatrzymaliśmy się w Laayoune. Serwowali tam pyszne kalmary z frytkami, i oliwkami zrobionymi na pikantnie, oraz sałatką z ryżu, świeżego ogórka, kapusty pekińskiej, zblanszowanej marchewki i buraka, na to majonez i ketchup. Pychota. Najedzeni mogliśmy ruszać dalej.

MPS - Fataya Royal

Pod koniec dnia dojechaliśmy do rozwidlenia, przy którym pożegnaliśmy się z Krzyśkiem i Jolą. Oni pojechali w prawo do Dakhli, my ruszyliśmy dalej w stronę Mauretanii. Szybkie tankowanie w przydrożnej stacji, ostatnia wspólna pamiątkowa fota i lecimy.

MPS - ostatnie tankowanie Sahara

Po przejechaniu około 100 kilometrów Kowal po raz kolejny został obarczony misją znalezienia noclegu. Tym razem rozbiliśmy się za ogromną hałdą kamieni, na twardej ziemi, równie daleko od drogi jak za pierwszym razem. Od Krzyśka dostaliśmy ćwiartkę Whisky, abyśmy mogli wieczorem wypić za ich zdrowie i powodzenie wyprawy. Szybko rozpakowaliśmy namioty, zjedliśmy kolację, wypiliśmy po drinku i po chwili, już wszyscy byliśmy gotowi do spania.

Dzień czwarty. Kolejny ambitny dzień przed nami. Wstaliśmy i ogarnęliśmy się przy świetle z czołówek. Wyjechaliśmy około 7 rano, jeszcze po ciemku. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo droga była nudna i prosta. Samochód mijało się średnio co 20-30 minut, zwierzęta nie wychodziły na ulicę i było przyjemnie chłodno. Przed 9 rano stawiliśmy się na przejściu granicznym opuszczając Maroko. Granica była zamknięta – tzn. metalowa brama wjazdowa na granicę. Musieliśmy chwilę poczekać na otwarcie, w tym czasie kilkoro murzynów zrobiło sobie z nas atrakcję prosząc o pozwolenie na zdjęcie. Nie byliśmy im dłużni :) tez chcieliśmy fotę, a co!

MPS - wyjazd z Maroka

Odprawa przy budce celnej wyglądała dziwacznie. Szyby oklejone były folią lustrzaną, tak że nie było widać co znajduje się w środku. Paszporty należało ułożyć na parapecie w rzędzie, według kolejności przybycia. Gdy zebrała się już dość liczna grupka osób, celnik uchylał okienko na szerokość 10 cm, brał pierwszy paszport w rzędzie, wbijał kilka pieczątek, czasami poprosił właściciela o okazanie twarzy, po czym oddawał paszport i kazał iść dalej. Wówczas „kolejka” przesuwała się.

MPS - Granica z Mauretania

Łącznie na przejściu zeszło nam około godzinki, poszło naprawdę gładko. Wjechaliśmy na pas ziemi niczyjej. W którejś relacji czytaliśmy, że wzdłuż ‘drogi’ poustawiano tabliczki z napisem „Danger Mines!” jednak nie spotkaliśmy takowych, więc albo już tego danger nie ma, albo tabliczki były bardziej atrakcyjne niż ryzyko ich wzięcia, szkoda, sami byśmy jedną pożyczyli ;). Wjeżdżamy do Mauretanii, kolejna godzinka papierologii i jesteśmy wolni. Przez cały ten czas towarzyszył nam ‘niesamowicie’ uprzejmy majfriend, oferujący wymianę walut, nocleg w swoim hotelu w stolicy i wizytę w kilku (również jego) restauracjach po drodze. Niby nie oddaliliśmy się zbytnio od Sahary, ale widoki po przekroczeniu granicy się zmieniły. Były niesamowite, co jakieś 100 km mijaliśmy coś co można by nazwać wioską – kilka namiotów na krzyż postawionych na środku wielkiego pustkowia i hałdy piachu. Sam piach był zupełnie inny niż ten, który jeszcze chwilę wcześniej widzieliśmy na Saharze. Różnił się nie tylko kolorem, ale i ziarnistością – miejscami był jak mąka. Często mijamy przy drodze porzucone, powypadkowe auta, rozebrane w pierwszej kolejności z kół wykorzystywanych potem do oślich zaprzęgów. Jedziemy, cierpliwie mijając kolejne check pointy.

MPS - Mauretania

Na wieczór dojechaliśmy do stolicy Mauretanii – Nouakchott, gdzie szykowaliśmy się na nocleg polecany przez „majfrienda” z granicy. Wbiliśmy koordynaty w nawigację, a ta zamiast na drugim rondzie w lewo przeciągnęła nas przez największe slumsy Islamskiej Republikii Mauretanii. To niespotykane na co dzień, że w stolicy potrafi nagle skończyć się asfalt. Budynki wyglądały jak szałasy z blachy, drewna i dziwnej konsystencji ‘betonu’ lub czegoś podobnego.

MPS - Nouakchott

Po około 10 minutach szukania znaleźliśmy. Niestety cena jaką usłyszeliśmy na miejscu, dalece odbiegała od tego, co proponował nam Szejk. Dobrze odrobiliśmy lekcję negocjacji i Martyna załatwiła nam całkiem przyjemne pokoje za 20 euraków od pary. Nie jest źle, ważne że bezpiecznie. W sumie to normalnie byśmy za nie tyle nie dali, ale chcieliśmy się już wykąpać!

Dzień piąty. Dziś planowaliśmy przejść przez granicę w Rosso, o której nie mało się naczytaliśmy. Niestety warunki jakie panowały na drogach w tym jakże uroczym kraju nie pozwalały na jazdę po ciemku. Ruszyliśmy skoro świt. Pierwsze poszukiwania stacji utwierdziły nas w przekonaniu, że nie można tu zbyt wiele wymagać. Rzadkością jest znalezienie stacji z dystrybutorem na benzynę, co więcej ciężko jest, aby ten działał, a już w ogóle ciężko, aby była benzyna. Po kilku kilometrach udało się. Zalaliśmy się do pełna i w drogę.

MPS - stolica Mauretanii Nouakchott

Ostrzegano nas, że 140 kilometrów przed granicą z Senegalem droga znacznie się pogarsza i trzeba dużo zwolnić. Jak w mordę strzelił – 141 km do granicy! Dziura na dziurze, dziurą łatana. Nie małe, bo nawet 50×50 i głębokie po kolana.. Długo nie trzeba było czekać, aż ktoś z nas odczuje je na ‘własnej’ skórze. Staraliśmy się jechać w bezpiecznych odstępach, ale w pewnym momencie z lusterek zniknęła nam Martyna i Mariusz. Przy kolejnej wiosce, wpisanej w wydmy postanowiliśmy na nich poczekać. Okazało się, że przy wyprzedzaniu ciężarówki Mariusz wjechał w taką niespodziankę i pokrzywił obie felgi. Trzeba było to zaklepać, żeby brud nie dostał się do wystającej dętki. Znalezienie dość ciężkiego kamienia na tym odludziu nie należało do najłatwiejszych. Kowal zaproponował aby podjechać do najbliższej wioski i poprosić o młotek. Do wioski? Młotek? Przecież oni nawet nie wiedzą co to jest… po co im młotek w namiotach? Po kilkunastu kilometrach trafiliśmy na kolejny check point. Łopatologicznie udało nam się wytłumaczyć żandarmom na czym polega nasz problem i jakiego narzędzie potrzebujemy. Pierwsza zatrzymana ciężarówka, wymiana zdań w ich języku, odjeżdża. Druga staje na nieco dłużej, jednak też odjeżdża… ale, ale! Zatrzymuje się jakieś 50 metrów dalej zjeżdżając na bok. Wychodzi z niej czarny mężczyzna i niesie młotek :) Taki duży, zupełnie podobny do tych naszych. Mariusz delikatnie, przez szmatkę zabiera się za prostowanie przedniej felgi. Musiał chyba mocno rozbawić mężczyznę z ciężarówki i żandarmów przypatrujących się próbie naprawy. W końcu kierowca nie wytrzymał: „Man, this is Afrika! This is how it works…” zabrał narzędzie i zaczął walić, a kiedy to nie przynosiło większych efektów, poszedł do auta po kolejne narzędzie i zaczął od nowa. W pewnym momencie mieliśmy obawy, alby przy naprawie felgi nie pokrzywił tarcz, jakimś jednak cudem udało się bez kolejnego uszczerbku.

MPS - Mauretanskie dziury

Możemy jechać dalej. Przed 11. dojechaliśmy do Rosso. Kowal po raz kolejny zajął się paszportami. Zniknął gdzieś na pół godziny, po czym przyszedł i powiedział, że póki co wydał 240 euro J i poszedł dalej. Wrócił za kolejne pół godziny i mówi, że już 300… stwierdziliśmy, że jak w takim tempie będzie wydawał naszą kasę, to za chwilę będziemy musieli wracać z pustymi portfelami. Na szczęście kiedy wrócił po półtorej godzinie powiedział że to już koniec i łącznie wyszło 350 euro, do podziału na 5 motocykli. Trochę rozdrażnieni wydatkami wsiedliśmy na prom do Senegalu, gdzie czekała nas ostatnia na naszej trasie przeprawa wizowa. Oczywiście nie obyło się bez życzliwych majfrendów, którzy jeszcze przed zjazdem z promu otoczyli nas jak muchy.

MPS - przejscie graniczne w Rosso

Po zjeździe z promu zauważyliśmy kobiety piorące ubrania w rzece, chłopców kąpiących się obok, nieco dalej jakiś mężczyzna mył swoje 2 konie a jeszcze dalej ktoś tę wodę pił.

MPS - Senegal

Kowal już na ochotnika poszedł ogarniać temat dokumentów. Z wizą biometryczną poszło gładko, wystarczyło mieć przy sobie ksero paszportu, potwierdzenie płatności, pre-wizę i zdjęcie. W klimatyzowanym pomieszczeniu siedział poważny, czarny mężczyzna, który wzrokiem wyjaśniał co teraz należy zrobić. Siadaliśmy kolejno na krześle, przed maszyną przypominającą multimedialny punkt informacyjny na dworcu PKP, w której przyciski podświetlały się w kolejności wykonywanych czynności. Najpierw palce wskazujące, potem kciuki i wszystkie 4 palce obu dłoni na raz. Trzeba było cały czas patrzeć przed siebie, bo nie wiadomo było w którym miejscu maszyna zrobi zdjęcie. Nagle flash oślepiał po oczach i było po wszystkim. Wtedy poważny, czarny mężczyzna ruszał swoje szanowne cztery litery, aby wyciągnąć to, co przed chwilą wydrukował na drukarce do etykiet, odkleił folię, nakleił na odpowiednią stronę w paszporcie, zalaminował i gotowe. Z dziwną miną ‘wyższości’ oddawał paszport i machał ręką aby odejść. Następnie musieliśmy podejść do okienka celnika, który za przepisanie dokumentów motocykla i prawa jazdy do dziwnego, starego zeszytu policzył sobie 5 euro od każdego. Kiedy wydawało nam się, że to już wszystko i możemy jechać dalej, majfrend, który wskazał nam miejsce parkingowe wcale nie koło budki z wizami, próbował nam wcisnąć, że musimy dokupić jeszcze jakieś ubezpieczenie. Od samego rana co chwila to inne osoby wmawiają nam, że potrzebujemy co raz to nowych dokumentów i wszystkie są niezbędne! Miałam już tego po dziurki w nosie i chyba nie tylko ja! Wszyscy chcieliśmy już jechać. Kowal z Baśką poszli sprawdzić o co mu chodzi. Okazało się, że dokument kosztuje 10 euro za głowę a w dodatku okienko w którym się go wydaje otwarte jest dopiero od piętnastej! Dość! Było chwilę po 14, odpuszczamy. Wykłóciliśmy się z gościem, że wcale tego nie potrzebujemy i ma nas wypuścić. Powstało jakieś zamieszanie przy bramie, ale ostatecznie ją otworzyli a koleś wykrzykiwał za nami: „Jeszcze po to wrócicie, stracicie niepotrzebnie czas”! – Nawet jeśli, nasza strata! Oczywiście podczas całej podróży nikt się o ów dokument nie upomniał. W St. Louis zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na obiadokolację. Chwilę przed nami była tam impreza w najlepsze, jakieś wesele, czy coś, wszystko było na podłodze: obrusy, resztki jedzenia, szkło… łatwiej wymienić czego tam nie było J Załoga chyba jednak wprawiona, bo ogarnięcie stolika dla naszej szóstki zajęło im kilka sekund. Poprosimy „coś” tutejszego. Fataya Royal odpowiada właścicielka. OK. Pani jest bardzo zainteresowana naszą podróżą, co tu robimy, na ile przyjechaliśmy, gdzie jedziemy, a najważniejsze, czy przyślemy jej zdjęcie na maila, ponieważ planuje promować restaurację w Sieci, a nie ma aparatu. W zamian za zgodę pozwala jednemu ze swoich pracowników pojechać z nami do banku wymienić pieniądze i częstuje nas Attayą, za free J W końcu przychodzi obiad. Smakowite „pierożki” smażone na głębokim oleju nadziewane pikantnymi kawałkami wołowiny z kapustą, cebulą, sosem pomidorowym podawane z majonezem i ketchupem.

MPS - Fataya Royal

Najedliśmy się do pełna. Było bardzo miło, niestety też późno, dlatego musieliśmy się zbierać. Wiedzieliśmy już, że dzisiaj nie dojedziemy do Gambii (dziękujemy Rosso). Chcieliśmy zrobić jeszcze jakieś 100 km i zacząć szukać noclegu. Spaliśmy na sawannie, widok jak z „Króla lwa” tylko Pumby brakowało ;) Za nami już 2 300 km od startu.

MPS - nocleg na Savannie

Dzień szósty. Znowu wstaliśmy wcześnie rano? Kurcze, przecież jesteśmy na urlopie, a wstajemy wcześniej niż w normalnym tygodniu pracy! Tu już się nie spieszyliśmy, wiedzieliśmy, że już nie daleko do Gambii. Kiedy tak sobie jechaliśmy, rozglądaliśmy się, nagle po prawej dostrzegliśmy 3 chłopców jadących wózkiem zaprzęgniętym w osiołka. Podjeżdża Kowal: „widzieliście!?” – „czerwoną koszulkę z orzełkiem?” „NO! Jadę zrobić zdjęcie”. Dzieci jednak nie podeszły do tematu tak entuzjastycznie. Tak bardzo przestraszyli się ‘goniącego ich’ białego mężczyzny, że porzucili osiołka i zaczęli uciekać w pole! Dopiero starsi, wytłumaczyli im, że jesteśmy z Polski i chodzi tylko o zdjęcie z koszulką, którą miał na sobie jeden z chłopców.

MPS - koszulka z Polski

Po drodze mijaliśmy masę baobabów i palm. Zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek, aby przyjrzeć się jak żyją tutejsi ludzie, a przy okazji rozdać gadżety, które ze sobą przywieźliśmy. Nasi fotoreporterzy (Martyna i Kowal) poszli do wioski, kiedy my usiedliśmy w cieniu przy motocyklach. Podeszło do nas 6 chłopców. Stanęli w odległości około metra i patrzyli. Jeden z nich, trzymał w ręku książkę.

MPS - uczniowie

Mariusz wyciągnął rękę jako pierwszy. Okazało się, że mieli oni jeden wspólny podręcznik do matematyki, ćwiczenia i zeszyt owinięte w jakąś starą gazetę. Wszyscy chcieli się uczyć, ale nie mieli z czego. Dzieci są tam bardzo grzeczne, nie proszą o słodycze, czy zabawki. Proszą o długopis, o papier, bo chcą pisać, ale nie mają czym i na czym. Niesamowita lekcja pokory.

MPS - wioska w Senegalu

Dojazd do przejścia granicznego przy Farafenni zleciał nam bardzo szybko, poza ostatnimi 20 kilometrami szutru. Czerwona ziemia, masa kurzu i resztki asfaltu. Nie ma innej drogi.
Wynagrodziła nam to najbardziej przyjemna granica na naszej trasie – Welcome to the Gambia my friend :) Wszyscy pytali skąd jesteśmy, po co odwiedziliśmy ich kraj i ciągle powtarzali you are welcome!

MPS - Gambia

Żeby móc zakończyć odprawę, musieliśmy zawieść jednego z urzędników do domu naczelnika po pieczątki. Kowal zabrał go DL’em. Na miejscu sprawdzili czy nie potrzebujemy wiz, po czym dostaliśmy niezbędne wpisy. Ten sam urzędnik, postanowił pomóc nam w znalezieniu taniego noclegu, jedyne co musieliśmy zrobić to zabrać go motocyklem. W hotelu do którego nas zaprowadził niestety nie było wolnych miejsc. Szukaliśmy dalej, jednak w mało turystycznym Farafenni ciężko o cokolwiek. Wróciliśmy do hotelu i zapytaliśmy o możliwość przenocowania w namiotach za zamkniętą bramą. 5€ od namiotu, w tym prysznic i WC to akceptowalna kwota. Usiedliśmy na dziedzińcu pod mangowcami, poprosiliśmy o lokalne piwko i odpoczywaliśmy. Gambia … dobre asfalty, uśmiechnięci ludzie, tanie jedzenie, piwo, dobra pogoda – czego chcieć więcej? Tu poznaliśmy Dama, przewodnika, który zapytany o książkę od razu wyczuł klienta.

MPS - palcem po mapie

Na jego szczęście nie był nachalny. My niestety swoją książkę przez nieporozumienie zostawiliśmy w aucie w Agadirze, a szkoda, bo miejsca które chcieliśmy zobaczyć pamiętaliśmy, w przewodniku były jednak zaznaczone fajne, tanie noclegi i podane orientacyjne ceny za różne rzeczy. No nic, porozmawiajmy z Damem, w końcu się nie narzuca ;) Tak się złożyło, że w Georgetown, do którego się wybieraliśmy jest hotel tego samego właściciela u którego nocujemy dzisiaj. Koszt nieco większy, bo 5€ od głowy za noc w pokoju, ale to nie tak strasznie. Jutrzejszy dzień miał być odpoczynkiem, dlatego postanowiliśmy spytać o możliwość przepłynięcia „statkiem” w dół rzeki, chcieliśmy zobaczyć masę gatunków ptaków żyjących w Gambii, małpy i jeśli się uda hipopotamy, o ile akurat będą w tym miejscu. Koszt takiego rejsu, trwającego 4 godziny (wynajęcie statku dla nas wszystkich) to 55€ bez przewodnika i 45€ z przewodnikiem. Dokładnie tak, z przewodnikiem jest taniej. Wtedy nie dało nam to do myślenia, bo i tak kwota ta mieściła się w granicy jaką byliśmy w stanie za taki rejs zapłacić. Wspólnie uznaliśmy, że takie oderwanie się od codzienności dobrze nam zrobi. Dopytaliśmy jeszcze o przetransportowanie nas następnego dnia na drugą stronę rzeki, gdyż dalej planowaliśmy jechać południową stroną kraju. Dam przeszedł sam siebie, za prom zawołał 75€! Grzecznie odmówiliśmy, a ten ze stoickim spokojem zapytał – to ile jesteście w stanie dać? Popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem i padła kwota 7€ od motocykla. Chwilę pomyślał coś policzył i mówi – OK. :) nie ma problemu! Zdziwiło nas, że zrobił to tak po prostu… nigdzie nie dzwoniąc, nic nie ustalając. Kilkukrotnie potwierdziliśmy ustalone kwoty i chcieliśmy żeby już sobie poszedł, ale jemu się nie spieszyło. Kombinował dalej jak zrobić, aby towarzyszyć nam podczas całej podróży. Przypomniało mu się, że on nie ma samochodu i jeśli chcemy żeby z nami jechał, musimy go zabrać ze sobą, albo dać mu 10 euro żeby mógł dojechać tam i z powrotem. Umówiliśmy się, że o 15.00 spotykamy się na miejscu. Wypiliśmy jeszcze po piwku i poszliśmy spać.

Radek: „Kowal?” Kowal: „No?” R.: „Powiedz, że to ten autobus, który stoi obok odpalił i wyjeżdża” K.:„Nie, to ten agregat, który stoi obok odpalił, bo właśnie skończył się prąd”. Ja:„Kochanie, która godzina?” R.:„Pierwsza”. Ja:„Która!?? Co się dzieje?”. R.:„Musimy przenieść namiot” Ja:„Ale dlaczego? Naprawdę? Przecież jest środek nocy…”

Już zrozumiałam dlaczego, już się rozbudziłam i usłyszałam. Rzeczywiście lepiej było się przenieść. 5 metrów od agregatu, chodzącego na dieslu, nie dało się leżeć, nie mówiąc od spaniu.

Dzień siódmy. Tego dnia chcieliśmy wstać koło 8. i jechać powoli, zatrzymując się, gdy tylko zobaczymy coś ciekawego. Nocne ekscesy jednak nie pozwoliły nam na tak wczesną pobudkę. Z bólem wygrzebaliśmy się koło 9, bo jakaś kobieta zamiatała dziedziniec przygotowując śniadanie, więc trzeba było wstawać,. Wyjechaliśmy po 10., ale przecież mieliśmy czas. Nawigacja pokazuje 102 km do Georgetown. Asfalt był idealny, ani jednej dziurki, piękny, czarny, równy, jechało się bardzo przyjemnie, widoki zapierały dech w piersiach. Z porośniętego wysokimi trawami pobocza bardzo często wychodziły krowy, trzeba więc było jechać bardzo ostrożnie. W powietrzu unosił się zapach traw i drzew, wszędzie czuć było soczyste mangowce.

MPS - Gambia, mangowce

Po przejechaniu około 70 kilometrów byliśmy w Wassu. Znajdują się tu wpisane w 2006 roku na listę światowego dziedzictwa kultury kamienne kręgi Senegambii. Jedziemy bardzo spokojnie, aż nadto spokojnie zatrzymując się pod byle pretekstem. Cudownie tu jest. Do miasta dojechaliśmy przed 14., ale do hotelu byśmy nie trafili, gdyby Dam nie wyszedł po nas na główną ulicę. Było to sprytnie ukryte miejsce, przepiękne miejsce, położone przy samej rzece. Znajdowały się tam 3 domki gościnne, kuchnia z otwartą jadalnią i dwa budynki, chyba mieszkalne, w każdym było troje drzwi. Obrazek jak z widokówki, do tej pory taki raj na ziemi widziałam tylko w filmach. Z dziewczynami oszalałyśmy z radości! W każdym z domków mieściły się 2 pomieszczenia, w każdym z pomieszczeń była umywalka, ubikacja, prysznic i łoże dwuosobowe z moskitierą. Zamiast okien były siatki w drewnianej ramie, drzwi też drewniane. Wszystko w Afrykańskich standardach, ale było czysto. Nieziemsko!!

MPS - hotel w Georgetown

Szybki prysznic, no może nie taki szybki, bo woda leciała jak cię mogę, nic dziwnego, skoro korzystały z niej 3 osoby na raz. I tak dobrze, że była chociaż zimna woda. Zamówiliśmy lekki lunch przed rejsem w głąb rzeki. Martyna z Baśką wymazały się smarowidłami, więc i ja dałam sobie zrobić lekki makijaż. Płyniemy!

MPS - rejs w dol Gambii

Czy pisałam już, jak wspaniale tu jest?? Widzieliśmy przeróżne gatunki ptaków: rybaczek srokaty, czajka szponiasta, łowiec kameruński, bąkojad żółtodzioby, czapla siwa, błyszczak długosterny i kilka gatunków małp. Wiele z nich uciekało od głośnego ryku silnika inne z kolei nic nie robiły sobie z naszej obecności, jakby turyści byli dla nich czymś normalnym. Minęło już trochę czasu i zaczęłam powątpiewać, że w ogóle były tu kiedykolwiek hipopotamy, gdy nagle po 2 godzinach płynięcia Dam z uśmiechniętą buzą powiedział: You will see the hippos, wskazując palcem gdzieś daleko. Rzeczywiście były i mogliśmy podpłynąć dość blisko. Płynęliśmy równo z nimi przez jakieś piętnaście minut, wynurzały się i zanurzały. Było ich z siedem. Musieliśmy już wracać, bo robiło się późno, a mieliśmy jeszcze 2 godziny płynięcia pod prąd. Chcieliśmy też na powrocie zahaczyć o Muzeum w dawnym domu niewolników, który znajdował się w Georgetown, po drugiej stronie rzeki.

MPS - Janjanenburg

Udało się, koszt to 50 wariatów (dokładnie 1 euro) za głowę, wchodzimy. Przeszliśmy przez bramę jednak, żeby wejść do muzeum strażnik zawołał kolejną kasę i to już nie było 50, a 250 dalasi! Nasz przewodnik rozmawiał z nim w ich języku i nie wiedzieliśmy za bardzo co mówi. Z tonu i spojrzeń można jednak było wywnioskować, że powiedział mu: ja już ich oskubałem, jak Ci się uda, to bierz ile chcesz :) nie czekając na ich krok, zapytałam z delikatnym oburzeniem, za co niby jeszcze mamy płacić? Te 50 dalasi było za przejście przez płot? Jeśli tak, to dziękujemy, pooglądamy sobie muzeum od zewnątrz i nie chcemy już wchodzić do środka. Facet zmiękł, zaczął coś kręcić, i z uśmiechem na twarzy wpuścił nas do podziemi. Znaleźliśmy się w pomieszczeniu, w którym kiedyś przetrzymywany był Kunta Kinte, uznawany za jednego z najniebezpieczniejszych niewolników. Przewodnik posadził nas wzdłuż ścian, na drewnianych ławkach i przyciszonym, głębokim głosem zaczął opowiadać historię niewolnictwa. Na środku pomieszczenia stała woda w dziurze średnicy około 50 cm. Połączona tunelem z korytem rzeki, była dla nich jedynym źródłem wody. Gdy poziom rzeki był zbyt niski, nie mieli co pić, gdy był wysoki, stali po kolana w wodzie i w swoich odchodach. Na dwóch przeciwległych ścianach wydrążone były 2 otwory mniej więcej 20cm x20cm, to tędy wrzucano im jedzenie. Kto stał bliżej, kto silniejszy, ten się załapał, słabsi nie mieli szans. Mężczyzna kilkukrotnie powtórzył skąd wzięli się tu biali i jakie spustoszenie siali w ich kraju.

MPS - dom niewolnikow

Pokazywał kajdany, dyby, łańcuchy wyjaśniając który do czego służył. Wyjaśnił w jaki sposób selekcjonowano niewolników, dzielono ich na słabszych, silniejszych, lepszych i gorszych oceniając po zębach, piersiach i przyrodzeniu. Niby to samo czytamy w książce „Korzenie” Alexa Haley’a, ale opowiedziane przez czarnego mężczyznę, tutaj na miejscu, jest jeszcze bardziej przejmujące. Smutna jest ich przeszłość, ale niesamowicie budujące jest ich podejście do niej. Nie potrafią zapomnieć, ale potrafią przebaczyć. Te słowa będziemy długo pamiętać. Przeszliśmy wzdłuż rzeki, obok pozostałości muru po Domu Niewolników, doszliśmy na targ, gdzie niegdyś nimi handlowano.

MPS - historyczne miasto niewolnikow

Do historii niewolnictwa nawiązują tam nie tylko liczne malowidła na ścianach, ale też budynki, które są najstarszymi w Afryce. O zmroku wróciliśmy na drugą stronę rzeki do naszego hotelu. Zjedliśmy przepyszną, lokalną kolację, wypiliśmy kilka piwek i poszliśmy spać po dniu pełnym wrażeń.

Dzień ósmy. Na 8. umówiliśmy się na śniadanie, bo o 9. mieliśmy przeprawić się z motocyklami na drugą stronę rzeki i ruszyć dalej. Spało się tak wygodnie, tak miło … Na śniadanie obudził nas Dam pukając do drzwi. Zaspaliśmy! Przed domkami szalały małpy, które nakarmiliśmy orzeszkami.

MPS - Gambia koczkodan

Sami poszliśmy na pyszne śniadanie i chwilę po umówionym czasie byliśmy gotowi do drogi. Początkowo próbowaliśmy przeprawić się ich łodzią, niestety miały przyspawany stelaż pod zadaszenie, przez co motocykl nie mieścił się na wysokość.

MPS - przeprawa promowa w Georgetown

Ostatecznie przeprawimy się promem. Zapłaciliśmy za niego przypominam 7€ od motocykla. Na bilecie napisane było 25 dalasi (ok. 0,5 euro) teraz zrozumieliśmy, że Damowi zapłaciliśmy naprawdę niezłe frycowe. Cóż, zdarza się za pierwszym razem.

Dziś chcemy dojechać do Banjul i tam znaleźć jakiś nocleg przy plaży. W okolicy stolicy mieści się bardzo dużo rezerwatów przyrody, które również planowaliśmy zwiedzić. Znowu jechaliśmy bez pośpiechu, zatrzymując się tu i tam i tam. Wszyscy wpadliśmy w taki chillout, że zbyt mocno przestaliśmy się koncentrować na drodze i na tym co dzieje się dookoła nas. Na wylocie z jakiejś wioski był check point, których już dawno nie mijaliśmy. Jechaliśmy pierwsi, za nami Kowal z Baśką i Martyna z Mariuszem. Zatrzymaliśmy się do kontroli, gdy nagle coś trzasnęło mnie w lewą nogę usłyszałam huk, zobaczyłam lecącą sakwę i poczułam ból. To Baśka, której drugiego dnia wyjazdu o tłumik stopił się zbiorniczek płynu hamulcowego przez co nie była w stanie tak szybko zahamować. Na szczęście skończyło się tylko na jej wyrwanej sakwie i bolącej nodze. 15 minut serwisu i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Dopiero co ruszyliśmy i po kilkudziesięciu kilometrach minęliśmy kolejny check point, po którym zorientowaliśmy się, że nie ma za nami Kowali i Mariusza. Zwolniliśmy, zapytaliśmy Martynę, czy widziała, żeby coś się stało. Powiedziała że nie, więc postanowiliśmy poczekać na nich przy drodze, w cieniu. Czekaliśmy chyba z dobre 10 minut, a ich ciągle nie było. Radek na ochotnika wziął Martyny motocykl i pojechał zobaczyć gdzie stanęli. Kowal złapał gumę. Kończył właśnie wymieniać koło, a jako stojak posłużył mu kopiec termitów.

MPS - gambijskie gwozdzie

Jakiś pechowy ten dzień, moglibyśmy już dojechać i pobyczyć się trochę. Na szczęście do stolicy już niedaleko, około 120 kilometrów. Tego dnia było naprawdę ciepło, słońce i ponad 35 stopni dawało się już we znaki. Dość często zatrzymywaliśmy się, uzupełnialiśmy płyny i odpoczywaliśmy. Ze względu na poranne przygody jechaliśmy czujnie. Praktycznie dojeżdżaliśmy już do Serrakundy, zwolniliśmy powoli rozglądając się za noclegiem, gdy nagle wyprzedziła nas Martyna, a za nią butelkowo zielone BMW w kombi wciskając się pomiędzy nas. Przez chwilę jechało przed nami, po czym zaczęło wyprzedzać Martynę. Wszystko wyglądałoby normalnie, gdyby nie fakt, że zrównując się z nią zaczęło zjeżdżać do prawej usiłując zepchnąć ją z drogi. Wszyscy zwolniliśmy i jechaliśmy za autem jakieś 40 km/h nie wiedząc o co chodzi. Nagle nas wszystkich (włącznie z autem) wyprzedziła Baśka z Kowalem. Kierowca nic sobie z tego nie robiąc wcisnął gaz i odjechał jadąc bez chwili zwątpienia z innym autem na zderzenie czołowe. Tu chyba miarka się przebrała, bo Baśka wypruła za nimi jak wściekła, a za nią Kowal i zaczęli ich gonić. W tym całym zamieszaniu nie zauważyłam, że wjechaliśmy już w teren zabudowany, kiedy nagle poczułam uślizg. Tył DLa lekko zabujał i coś huknęło. Wystraszona odwróciłam się za siebie i tylko widziałam jak przed Martyną ktoś wpycha się na drogę, ona próbując go ominąć pakuje się wprost w plamę oleju rozlaną na samym środku naszego pasa. Bujnęło nią i wywróciła się na lewy bok, leciała dobrych kilka metrów, tylko zdążyła zasłonić głowę, a jeep jadący za nią usiłował w nią nie wjechać. Radek całą sytuację obserwował w lusterku, wyhamowaliśmy i pobiegliśmy do Martyny – fizycznie cała, a to najważniejsze. Asfalt był tak tłusty, że nie szło ustać na nogach, rozjeżdżały się tak, że chłopaki nie mogli podnieść motocykla. Tylko Król Julian odniósł delikatne obrażenia. Dopiero po całym zajściu ludzie wpadli na to, żeby tą plamę zasypać piaskiem. Okazało się, że w taksówce, która stała obok nas na poboczu pękła miska olejowa. Tam nikt nie myśli żeby zabezpieczyć drogę dla innych kierowców. Dopiero gdy po prawie godzinie pojawił się właściciel taksówki i próbowaliśmy się z nim dogadać na podpisanie oświadczenia zebrała się masa doradców. Kupa krzyku, nerwów, strachu z ich strony wynikającego z niewiedzy… Martyna z Mariuszem stwierdzili że odpuszczamy. Mieli już dość walki z wiatrakami. Jedziemy stąd, jak najszybciej, szukamy noclegu, który zrekompensowałby nam dzisiejszy dzień. Trafiliśmy na hotel, w którym zatrzymała się część ekipy, która ruszała z nami z Agadiru i miała jechać do Dakaru, ale zmieniła plany i zjechała do Gambii. Pozwolili nam rozbić namioty z tyłu ogrodu z widokiem na ocean za jedyne 150€ za 3 namioty na 2 noce J. Po bardzo długich i twardych negocjacjach skończyłam na 100$. Jeszcze tego wieczoru wykąpaliśmy się w oceanie, tego było nam trzeba! Niesamowicie odprężające, a woda jak na Ocean i zimę, bo w Afryce też jest teraz zima, była bardzo ciepła.

MPS - tuz nad oceanem

Dzień dziewiąty. Dziś nie jeździmy. Plany były ambitne, chcieliśmy zwiedzić: MacCarthy Square – przyjemna XIX wieczna architektura, zachowana w kolonialnej atmosferze, rezerwat ptaków „Tanji Bird Reserve” oraz Abuko Nature Reserve. W Abuko główną atrakcję stanowią hieny i małpy. Jeśli ma się szczęście można spotkać malutkie galago i szczura olbrzyma. Park jest też siedliskiem setek ptaków. Niestety ze względu na ilość wczorajszych wrażeń, stwierdziliśmy, że odpuszczamy. Idziemy plażą wzdłuż oceanu na tutejszy targ kupić jakieś pamiątki, to świetne miejsce na zakup lokalnego rzemiosła, ręcznie wykonywanej biżuterii, ubrań, owoców, warzyw, nawet przedmiotów sprzedawanych w Europie, które tutaj są dużo tańsze. I zawsze, ale to zawsze trzeba się targować, minimum 50% w dół od ceny wywoławczej!!

MPS - wyrob bizuterii na tutejszym targu

Wsiąknęliśmy tam na dobrych kilka godzin, nim się obróciliśmy była już 15., złapaliśmy więc lokalną „komunikację miejską” i podjechaliśmy do restauracji którą mijaliśmy idąc na targ. Tego dnia przeszliśmy około 15 kilometrów, zmęczyliśmy się, spaliliśmy słońcem, ale tego trzeba nam brakowało. Późnym popołudniem wróciliśmy do namiotów i odpoczywaliśmy.

MPS - Serrakunda

Dzień dziesiąty. Jaki dzisiaj mamy dzień? – Poniedzałek. Jest 3 lutego, w Polsce środek zimy, tutaj w sumie też, z taką jedyne różnicą, że w Polsce jest – 15 stopni Celsjusza, a tu +37. Wyjeżdżamy przed 11., żeby zdążyć na prom do Banjul, który odpływa w południe. Przyjechaliśmy na czas, niestety promu nie było. Okazuje się, że ten poranny (płynący w tę stronę) wypływa punkt 7., ten południowy (wracający) to już różnie, jak się trafi. Czekaliśmy prawie 6 godzin w pełnym słońcu, wiedzieliśmy już, że nie uda nam się dojechać nad Lac Rose, gdzie kiedyś kończył się Rajd Dakar, a gdzie my planowaliśmy spędzić noc. Jest to niesamowite jezioro, które w blasku słońca nabiera różowego koloru, a woda jest tak słona, że nie da się w niej pływać. To takie drugie Morze Czarne. Z wód jeziora wydobywana jest sól. Miejscowi wchodząc do wody, zanurzają się po szyję, po czym wychodzą oblepieni białymi grudkami. Czekają aż woda odparuje i strzepują z siebie surowiec. Po 17. udało nam się przeprawić na drugą stronę rzeki i ruszyliśmy w stronę granicy, a później dalej w górę.

MPS - prom do Banjul

Nocleg znaleźliśmy gdzieś w okolicy Rezerwatu Fathala. Jak zwykle podczas naszych noclegów, oddaliliśmy się od ulicy, zmniejszając ryzyko pojawienia się niespodziewanych „zainteresowanych” nami, bądź nie daj Boże naszymi zabawkami. Tak też było, do momentu kiedy usłyszałyśmy hieny. Stety, albo i niestety, trzeba zapomnieć o chichoczących psach i spróbować usnąć. Przed nami długa droga, a dzisiaj przejechaliśmy zaledwie 70 kilometrów. Właśnie! Z tego wszystkiego o mało bym zapomniała! Dzisiaj pierwszy raz w życiu widzieliśmy świetliki!! Wiecie, takie małe, latające ze świecącymi dupkami! A ja myślałam, że one żyją tylko w bajkach…

Dzień jedenasty. Przy dobrym układzie powinniśmy dojechać dzisiaj do Nouakchott, do hostelu, w którym spaliśmy już wcześniej. Bogaci w doświadczenia z Rosso, postanowiliśmy poszukać jakiejś innej alternatywy. Przejścia graniczne Senegal – Mauretania są dwa. Jedno przez most przy St.Louis, drugie to wcześniej poznane Rosso, przed którym wszyscy nas przestrzegali i które mieliśmy okazję na własnej skórze poznać. Oba niestety mają swoje wady. Wjeżdżając z St. Louis do Mauretanii jedzie się wzdłuż granicy prawie 80 kilometrów słabej jakości szutrem, aż do dojazdu do N1 (przy Rosso) gdzie wjeżdża się na asfalt. Przejechać przez Rosso na pewno nie będzie łatwo. Tam wszyscy mają czas, a turysta to maszynka do zarabiania pieniędzy, czemu więc by go nie oskubać z ostatniego grosza? Co wybrać? Ryzykujemy, lepsza droga, szybciej pokonany dystans, może się uda. Nie udało. Do Rosso dojechaliśmy po 17, na odprawie z Senegalu wszyscy nas poganiali, że zaraz zamykają i tym podobne. Standardowa opłata 5€ za wpisanie nas do zeszytu A4 w kratkę i płyniemy ostatnim promem tego dnia… Nasza wspaniała granico „welcome to”.

MPS - pozegnanie z Gambia

Tym razem z papierkami biega Martyna. Tu 10 Euro, tam 15, jeszcze gdzie indziej kolejne 10… zaraz, zaraz … czy my znowu nie zbliżamy się do magicznej siedemdziesiątki? NIE! Tym razem nie płacimy. Trochę się poprzepychamy, w końcu mamy jeszcze czas, do Nouakchott i tak już nie dojedziemy, a oni … no cóż, chcieliby już zamknąć, ale z nami za bramami przejścia raczej nie mogą. Najpierw zapytaliśmy czy możemy sobie tu rozłożyć namiot, w końcu gdzie będzie tak bezpiecznie jak tu? Chyba nie spodziewali się takiego pytania. Przyszedł czas modlitwy, więc byliśmy im coraz bardziej nie na rękę. Niektórzy urzędnicy poprzebierali się już po cywilnemu, dobrze, że o tej porze nie było tu żadnych majfrendów, jeszcze byśmy władze potraktowali nie tak i był by problem. Kiedy Martyna wróciła z informacją, że nie da się obejść kwestii ubezpieczenia postanowiliśmy spróbować wersji „na Ambasadę”. Polak potrafi, załatwione. Tylko ten jeden urzędas jakiś taki dziwny, niedowierzający jakby, podszedł do mnie i mówi, jakoś dziwnie naokoło, że oni to już tu mają zamknięte o tej porze i on musiał zadzwonić po swojego kolegę, żeby ten przyszedł i nas obsłużył i teraz my mu musimy „give something”, więc pytam go jeszcze raz, ale że jak? Bo niby nie rozumiem… Jakimś cudem udało się nam zdobyć wszystkie podpisy i uciekliśmy z tego chorego miejsca. Perspektywa jazdy po ciemku, przez 140 kilometrów drogi dziurawej jak sito, na której Mariusz pokrzywił obie felgi nie była budująca. Byliśmy wypompowani, do tego Mauretańczycy jeżdżący bez świateł, przy granicy wioska za wioską, namioty obok namiotów, gdzie mieliśmy rozbić swoje? Przejechaliśmy jakieś 70 kilometrów i w końcu się przerzedziło. Udało nam się wbić w miejsce pomiędzy pagórkami i dwiema wioskami, gdzie się rozbiliśmy i wyspaliśmy.

Dzień dwunasty. O świcie ruszamy dalej. W stolicy zatrzymaliśmy się tylko na wymianę kasy, bo nie było już za co zatankować. Niestety znalezienie Banku, nie mówiąc już o bankomacie, graniczyło z cudem. Ograniczyliśmy się więc do szybkiej wizyty u Szejka, który posłużył nam za kantor. Krążąc po szutrowych ulicach miasta natknęliśmy się na Jeepa PO, to nasi! Pyrlandczycy!! Trzech starszych Panów podróżowało sobie po Mauretanii, mieli jechać do Dakaru, ale stwierdzili, że widzieli już wystarczająco i wracają. Miło spotkać rodaków w tak odległym kraju. Pomachaliśmy sobie na do widzenia, życzyliśmy szczęśliwej podróży i ruszyliśmy dalej. Jeszcze dzisiaj wjedziemy na Saharę, to pewne. Znowu załapaliśmy się na ostatnią chwilę, tuż przed zamknięciem przejścia. Szybkie obrobienie Pasu Sahelu z kilku tablic i jesteśmy.

MPS - pas Sahelu

Wjechaliśmy na Saharę, przeprawa graniczna, tankowanie i jedziemy w poszukiwaniu noclegu. Wydmy są zdradliwe, ale żeby na 30-centymetrowym piasku, ledwo po zjeździe z asfaltu? No niestety, przecież nie może być tak, że cały wyjazd nic… Jest chociaż paciak. Na szczęście mamy miękkie sakwy i ta boląca noga to jedynie delikatne zbicie. Nie siedzieliśmy za długo, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Jakoś te nasze wspólne wieczory trwają krótko, jesteśmy wszyscy równo zmęczeni.

Dzień trzynasty i czternasty. Wstaliśmy jak zwykle, jeszcze jest nadzieja, że dojedziemy w miarę wcześnie do Aglou Beach w Maroko, niedaleko Tiznit, gdzie Maroko Off-road Exedition uruchomiło swoją stałą bazę. Chcieliśmy posurfować, pośmigać plażą na crossach i konno. Dookoła pustkowie, widoki, które są już nam znane i droga, jedna i ta sama, strasznie się dłużyła. Pogoda była piękna, świeciło słońce, było ciepło, ale nie za ciepło, było po prostu przyjemnie. Tylko wiatr od oceanu wiał dość silnie, przez co jechaliśmy w dość dużym pochyle. Minęliśmy jedną stację, potem kolejną, nie tankowaliśmy, w końcu jesteśmy już w cywilizacji, tu nie ma problemu ze znalezieniem stacji. Co pewien czas zaczęły pojawiać się miejscowości, jechaliśmy i jechaliśmy, drogi ubywało, ale nie tylko drogi. Dziwnie szybko zaczęło nam znikać paliwo z baku. Doganialiśmy się i wyprzedzaliśmy, zwalnialiśmy i przyspieszaliśmy, już robiło się nudno, kiedy zobaczyliśmy zjeżdżającą na pobocze Martynę i Mariusza. Zatrzymali nas, bo okazało się, że Martynie zabrakło paliwa. U nas też już mrugała rezerwa, ale mieliśmy jeszcze 3 litry benzyny i jakieś 30 kilometrów do najbliższej miejscowości, mogliśmy więc oddać połowę zapasu. Jechaliśmy spokojnie, trzymaliśmy się blisko siebie. Po przejechaniu 10 kilometrów DL zgasł. Dolaliśmy co mieliśmy i ruszyliśmy dalej. Po kolejnych 10 Martyna zjeżdża na pobocze. Znowu? Nie mieliśmy już nic, wyjęliśmy więc wężyk, spuściliśmy od Mariusza 1,5 litra i wlaliśmy Martynie do baku. Zaczęliśmy jechać oszczędnie. Jechaliśmy tak wolno, że dogonił nas Kowal z Baśką, którzy już jakiś czas temu zniknęli nam z oczu. Okazuje się, że im też skończyła się benzyna, dolali 5-tkę z bańki i ruszyli wklejeni w plecy Tira, dla jak najmniejszego oporu.

MPS - podwozka

Przez cały wyjazd targaliśmy ze sobą 5cio litrowe bańki i nawet na największym odludziu nie zdarzyło się, żeby zabrakło nam paliwa. Dopiero tu, w cywilizacji, w Maroko. Na szczęście tylko 11 kilometrów od miejscowości ze stacją benzynową. Stoimy i czekamy, aż ktoś wróci nam z odsieczą.MPS - w oczekiwaniu na odsiecz Zza horyzontu wyłonił się nasz wybawca, jakże rozbawiony Kowal z czerwoną banieczką. Każdy z motocykli połknął średnio 2,5 litra na 100 km więcej niż w normalnych warunkach. Nikt z nas nie spodziewał się, że wiatr może mieć tak duży wpływ na spalanie. Na późnej obiadokolacji zatrzymaliśmy się w Laayoune. Kawałek dalej zjechaliśmy na nocleg. Następnego dnia dojechaliśmy do Agadiru około 20. Z jednej strony byliśmy zmęczeni i cieszyliśmy się, że już jesteśmy na miejscu, z drugiej jednak, czuliśmy pewien niedosyt, było nam mało, nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy zobaczyć. Chętnie tam wrócimy i śmiało możemy polecić to miejsce innym. Łącznie przez cały wyjazd zrobiliśmy 5850 km.

MPS - Agadir ostatnie wspolne zdjecie

Zapraszamy do obejrzenia filmu z wyjazdu.